Jan Paweł II - Nasze wspomnienia

Dodano: 02 kwietnia 2009

jak zmienił się mój świat ...

Autor: Martuś

Do tamtego roku 1 kwietnia, kojarzył mi się z radością. Wszak to PRIMA APRILIS, obchodzony na całym świecie dzień żartów.
Tamten rok jednak zmienił wiele. Można powiedzieć, zmienił wszystko…
Pierwszego kwietnia, w piątek, obudziłam się wyjątkowo późno. Rano brakło mi czasu na przejrzenie stron internetowych, czy obejrzenie wiadomości. Wypiłam tylko herbatę i wybiegłam do pracy. Na miejsce dotarłam jako pierwsza. Otworzyłam okna, uruchomiłam komputer, wstawiłam wodę na kawę. Dopiero po zrobieniu tych wszystkich, jak mi się wtedy wydawało ważnych, rzeczy przyszedł czas na włączenie radia. Wybiła ósma. Zaczynały się wiadomości. Pierwsze słowa spikera wystarczyły by ugięły się pode mną nogi. Usiadłam na krześle i próbowałam sobie wmówić, że to tylko okrutny żart ze strony mojej ulubionej stacji radiowej…
Pierwsze otrzeźwienie nadeszło razem z Ewą- koleżanką z pracy. Weszła do pokoju cichsza niż zwykle, z dziwnie zaczerwienionymi oczami…
Piętnaście minut później nadano kolejne wiadomości. Nie wycofano się z „żartu”. I wtedy zrozumiałam, że to prawda…
To był wyjątkowy dzień w moim dziale. Nikt z nas, zawsze tak pełnych energii, zapału, zawsze zabieganych, nie myślał o pracy. I było cicho… Chociaż każdy myślał tylko o jednym, nie potrafiliśmy głośno wyrazić swoich obaw. Częściej natomiast spotykaliśmy się w palarni, by choć na chwilę odejść od biurek, przy których nie umieliśmy wysiedzieć…
W każdym pokoju głośno grało radio… W pewnej chwili ZET-ka puściła „Time To Say Goodbay”. Wtedy, po raz pierwszy tamtego dnia, poczułam pod powiekami łzy. Powstrzymałam je jednak a moją jedyną formą sprzeciwu było cicho wyszeptane „Nie”. Mój bunt…
Była godzina za piętnaście czwarta, kiedy ktoś zdecydował się podjąć jakąś decyzję. Była to moja kierowniczka. Zawsze opanowana i zdyscyplinowana, wezwała nas do siebie i łamiącym się głosem powiedziała: „Idźcie do domu. Tu i tak nic nie zdziałamy. Idźcie i jeśli tylko umiecie, módlcie się”…
Wyszłam z pracy. Do domu zdecydowałam się iść piechotą. Nie było potrzeby się spieszyć. Wtedy, cały świat zwolnił… Wracając postanowiłam wejść do kościoła. Tego samego, który codziennie mijam jadąc autobusem… Wybiła szesnasta. Do kaplicy, od strony ulicy Tuwima, przybywało coraz więcej osób. Do tej pory powstrzymywanym łzom, pozwoliłam płynąć po twarzy. I do dziś nie wiem, dlaczego wtedy płakałam… Ludzi wciąż przybywało. Trochę tak, jakby każdy zrozumiał, że nie ma gdzie się spieszyć.
Wróciłam do domu. Nie czułam ani głodu, ani zmęczenia. Razem z mamą, siostrą, i przyjaciółką usiadłam przed telewizorem. Milczałyśmy…
Są takie chwile, kiedy słowa przeszkadzają, są zbędne…
Kiedy patrzyłam na nadawane migawki- wspomnienia z lat świetności Ojca Świętego, ciągle wierzyłam w cud. Trochę naiwnie, byłam przekonana, że wielokrotnie ujrzę jeszcze dobry uśmiech na Jego twarzy… Jakże trudno było dopuścić w tamtej chwili rozsądek do głosu. Serce biło coraz szybciej i głośniej… Zagłuszało rozum…
Przyszedł komunikat z Watykanu: „ Stan Papieża bardzo się pogorszył…”. O 21.00, Papieski wikariusz generalny, abp Angelo Comasti powiedział: „Tego wieczora lub tej nocy Chrystus szeroko otworzy drzwi dla Papieża (…)”. Tuż po tych słowach, agencje prasowe doniosły o śmierci Ojca Świętego, ale w ułamkach sekund Watykan je zdementował… Nie umiałam czuć! Tkwiłam jak w letargu. Nie umiałam czuć!...
Wzięłam do ręki telefon i wybrałam numer jedynego człowieka, który mógł wtedy udzielić mi rady. Na moje, wypowiedziane drżącym głosem pytanie: „Co robić?”, ów DOBRY CZŁOWIEK odpowiedział krótko: „Módl się”. Wydawało mi się, że nie potrafię, że nie podołam takiemu wyzwaniu jak modlitwa… A jednak w mgnieniu oka podjęłam decyzję. Wraz z bliskimi, pojechałam do kościoła Św. Teresy… Czuwaliśmy. Tłumy ludzi klęczały i nerwowo przesuwały różaniec w dłoniach. To nie była zwykła modlitwa. Płynęła z zakamarków serca i duszy i uwalniała się wraz z gorącymi łzami… Im dłużej to trwało, im bardziej zmęczony był głos, tym głośniej, z większą pasją, wypowiadane były słowa… Nikt nie zastanawiał się nad mijającym czasem. Nikt nie zwracał uwagi na drętwiejące, od kilkugodzinnego klęczenia kolana… Mimo wielu głosów ludzi dookoła, miałam wrażenie, że jestem sam na sam z Bogiem…
Do domu wróciłam około północy. W wielu domach nadal paliły się światła. Ludzie czekali. Na co? Na cud? Na wiadomość?...
Zapaliłam świecę w oknie. Tak jak miliony na całym świecie nie poszłam spać. Z modlitwą na ustach, byłam gdzieś bardzo daleko… Czuwałam tak jak ci, którzy stali na placu Świętego Piotra… I stawałam się spokojniejsza. Bardziej pogodzona z tym, co miało nadejść. Bardziej pogodzona ze sobą i ze Stwórcą…
W tym spokojnym smutku, dotrwałam do pierwszych promieni słońca, które rozświetliły świat, po trudnej nocy…
I przyszła sobota. Chciałam funkcjonować normalnie. To jednak nie było proste…
Z niecierpliwością oczekiwałam na oficjalny komunikat ze stolicy apostolskiej. Wreszcie o godzinie 12.00, rzecznik Watykanu poinformował: „Od rana zaczęła się stopniowa utrata przytomności…”. Spojrzałam na moją rodzinę, mieli łzy w oczach… Navarro-Valls dodał jeszcze, że Jan Paweł II powiedział z trudem na wiadomość o zgromadzonych ludziach pod Jego oknami: „Szukałem was, teraz wy przyszliście do mnie i za to wam dziękuję.”…
Jakże malutka poczułam się wówczas wobec bezmiaru miłości Ojca Świętego… Cóż mogłam robić, jak się zachowywać?... Poszłam na spacer. Niczym dziecko odkrywałam na nowo uroki świata. Z ufnością powierzałam każdą myśl Bogu, który skoro stworzył coś tak doskonałego jak świat, musiał być dobry i sprawiedliwy. W pewnej chwili uniosłam głowę, spojrzałam na niebo. Było takie błękitne. Wydawało mi się, że bardziej niż zwykle… Przez głowę przemknęła mi myśl, że oto niebiosa są gotowe na przyjęcie swojego ziemskiego ambasadora. Że ten lazur nie jest przypadkowy…
Kilka godzin później, w swoim pokoju zapaliłam kolejną świecę w oknie. Na dnie szuflady odszukałam różaniec, który przeleżał w niej prawie dziesięć lat. Różaniec, który w 1995 roku, na placu Świętego Piotra, poświęcił Ojciec Święty… Patrzyłam w migoczący płomień i cicho odmawiałam modlitwy… Było kilka minut po 21.00, gdy skończyłam. Spłynął na mnie spokój i pewność, że teraz wszystko będzie dobrze, że zdarzy się cud…
Siedziałam w swoim pokoju i z wcześniej niespotykanym u mnie tego dnia uśmiechem, patrzyłam na pokazywane w telewizji tłumy. I nagle obraz się urwał a zamiast niego, na ekranie pojawił się prezenter telewizyjny, który drżącym głosem przekazał wiadomość, której wszyscy się spodziewali i której nikt nie chciał usłyszeć… A później była tylko plansza na ekranie. I pustka… Moja rodzina zaniosła się szlochem a po mojej twarzy spłynęło tylko kilka łez. Tylko tyle. Byłam jak sparaliżowana. Nie umiałam rozpaczać, bo nie umiałam tego zaakceptować, pojąć, zrozumieć. Stałam wśród pogrążonych w bólu najbliższych mi ludzi i nie umiałam wykonać w ich stronę żadnego gestu. Wpatrzona w ekran telewizora nie czułam, nie myślałam… Moją jedyną reakcją na to, co się stało było zdmuchnięcie świecy… Koniec…
Tak, wtedy byłam przekonana, że to koniec. Tragiczny finał… W tym odrętwieniu trwałam kilka, a może kilkadziesiąt minut. Dopiero późną nocą, kiedy wszyscy już zasnęli, chciałam wypłakać duszę… I płakałam nad sobą i innymi ludźmi… W końcu, zasnęłam zmęczona szlochem… Podobno najlepiej płakać w samotności…
I przyszła niedziela, 3 kwietnia 2005 roku, Święto Bożego Miłosierdzia… Od chwili, gdy otworzyłam oczy, czułam, że coś się zmieniło. Wtedy jeszcze nie wiedziałam jak bardzo.
W upalny poranek kupiłam róże, znicz i pojechałam do Katedry… Na placu, w okolicy pomnika Ojca Świętego, na przylegających ulicach byli ludzie. Wszyscy oddawali hołd ukochanemu Ojcu… Idąc z kwiatami, byłam przekonana, że nigdy nie uda mi się przejść przez tłum i dotrzeć do Obelisku. A jednak… Ludzie, na widok znicza, robili miejsce, pozwalali iść do przodu. W końcu stanęłam przed swoistym dywanem z kwiatów i migoczących świec. Milcząco oddałam cześć temu, który odszedł… Wielu ludzi płakało, a mnie wydawało się wtedy, że nie mam już łez…
Wtedy po raz pierwszy byłam świadkiem jednoczenia się ludzi. Ich wspólnego bólu, żalu. Wspólnej modlitwy i myśli. Chociaż kilka godzin wcześniej myślałam, że to już koniec, powoli docierało do mnie, że to może być dopiero początek…
Chociaż w tych trzech, pierwszych dniach kwietnia, świat stanął w miejscu, trzeba było iść naprzód…
W poniedziałek musiałam być w pracy… Dzień zaczęliśmy minutą ciszy a kilka godzin później, na wniosek naczelnika, wszyscy wpięliśmy białe kokardki w marynarki i bluzki…
I zaczęły się dziać rzeczy niezwykłe. Nagle rozdzwoniły się komórki, przychodziły SMS-y…
Około południa dostałam informację o „Białym Marszu”. Nie zastanawiałam się długo. Przekazałam wiadomość dalej. We mnie, w znajomych z pracy, w przyjaciół, wstąpiła jakaś moc. Energia kazała nam iść dalej, robić coś, coś dla Ojca Świętego. Ludzie w zastraszającym tempie rezygnowali z zaplanowanych zajęć. Wszyscy czuliśmy, że mamy tylko jeden obowiązek- DZIAŁAĆ…
Kiedy o 17.45 stanęłam na Placu Wolności, poczułam, że wszyscy zgromadzeni, czujemy i myślimy tak samo. Że jesteśmy rodziną. A kiedy z tysięcy gardeł wydobyły się pierwsze słowa „Barki”- ukochanej pieśni Papieża, nie umiałam ukryć wzruszenia…
Tego wieczoru, na Piotrkowskiej była cała Łódź. Równym krokiem, z płonącymi świecami w dłoniach, szli wszyscy. Nie było podziałów…
Na mszy pod Katedrą, zgromadziło się około stu tysięcy osób. Działo się z nami coś niesamowitego. Taki wybuch głębokiej duchowości. Coś się odblokowało. Przybyli ludzie, którym nigdy nie zdarzyło się wcześniej manifestować swojej miłości. Ludzie chcieli być lepsi…
Nabożeństwo skończyło się późno. Mimo zimna i godziny, nikt się nie rozchodził. Gdy w nocy wracałam do domu, na chodnikach, trawie, wszędzie tam gdzie było to możliwe, stały znicze… W ludziach obudziła się wiara i nadzieja…
Cały tydzień, poprzedzający pogrzeb Jana Pawła II, był swoistym świadectwem dla milionów na świecie. Skrzykiwano się przez komórki, Internet, ubierano na czarno i wpinano białe wstążki, układano krzyże ze świateł w oknach akademików. A także śpiewano, grano na gitarach i co według mnie najważniejsze, zaczynano rozmawiać.
Ósmego kwietnia 2005 roku, odbył się w Watykanie pogrzeb Jana Pawła II, Papieża, Polaka, Karola Wojtyły… Rano usiadłam przed telewizorem i znowu myślami i modlitwą przeniosłam się przed Bazylikę św. Piotra…
Trumna wydawała się taka mała, taka niepozorna. Wręcz ciężko było uwierzyć, że leży w niej tak wielki człowiek… Nad głowami zgromadzonych, powiewały flagi i transparenty z napisem „SANTO SUBITO”… „ŚWIĘTY NATYCHMIAST”… I zerwał się wiatr. Karty Ewangeliarza leżącego na trumnie, zaczęły się przewracać. Księga zamknęła się. Duch Święty przeszedł przez Watykan i bezpowrotnie zabrał ukochanego Ojca. W oczach zaszkliły mi się łzy… Santo Subito…
Kilka godzin po ceremonii pogrzebowej, nadal nie umiałam odnaleźć odpowiedzi na wiele pytań. Wtedy otrzymałam, od obecnego w Rzymie przyjaciela, DOBREGO CZŁOWIEKA, wiadomość, która pomogła mi zebrać myśli: „Są pewne wydarzenia, których nie można i nawet nie trzeba od razu rozumieć. Do ich istoty należy to, że dają się poznać wraz ze zrozumieniem tematów obocznych. I tak jest w tym przypadku…”
I właśnie wtedy, po tych słowach, 8 kwietnia o godzinie 17, zamiast analizować to, co nie powinno być poddawane analizie, spróbowałam z całkiem nowej perspektywy pojąć i zrozumieć…
Nie mogę nie pamiętać słynnego i tak często cytowanego w ostatnim czasie, wystąpienia
Z 2 czerwca 1979 roku…

Niech zstąpi duch Twój!
Niech zstąpi duch Twój!
I odnowi oblicze ziemi.
Tej ziemi.

Wtedy na placu Zwycięstwa w Warszawie, Papież zbudził ludzi i porwał ich do walki o godność i wolność… Dzisiaj, dla mnie ów cytat ma całkiem inne znaczenie. Staje się mottem młodego pokolenia. Pokolenia Jana Pawła II, które chce dążyć do zjednoczenia. Ten wielki człowiek, wielokrotnie nawoływał przecież do tego, by podejmować walkę o sprawiedliwość, nawet wtedy, gdy wydaje się, że nie ma ona sensu…

Musicie od siebie wymagać,
nawet gdyby inni od was nie wymagali.

I chociaż wydaje się to takie trudne, to warto próbować… Czasem myślimy, że nie mamy motywacji do pewnych działań. Trzeba jednak odnajdywać tą motywację w sobie. Wyznaczać sobie cele i dążyć do nich. Jednocześnie nie wolno zapominać o innych ludziach. Każdy zamiar musi być realizowany z myślą, że nie jesteśmy sami. Że miłość do bliźniego, jest naszą największą podporą…

Nie ma solidarności bez miłości.

Człowiek musi nauczyć się żyć w zgodzie nie tylko z samym sobą, ale i z innymi. Musi kochać i przebaczać. Być tolerancyjnym i wierzyć, że każdy może stać się naszym przyjacielem…

Świat może stawać się bardziej ludzki tylko wówczas,
gdy we wzajemne stosunki (…) wprowadzimy moment
przebaczania. Przebaczenie świadczy o tym, że
na świecie jest obecna miłość potężniejsza niż grzech.

Ojciec Święty w swoich słowach, uświadamiał nam prawdę o tym, że należy nauczyć się przyznawania do błędów. Skoro bowiem wolno nam liczyć na przebaczenie, musimy stawać się szczerzy wobec drugiego człowieka…
Jan Paweł II, wielokrotnie podkreślał w swoich wystąpieniach siłę miłości…

Musicie być mocni mocą miłości,
która jest potężniejsza niż śmierć…

Jakże bliskie stały się nam te słowa, w chwili, kiedy nie ma Go już wśród nas…
Wielu wybitnych socjologów określiło euforyczne zachowania Polaków mianem kolejnego „Cudu nad Wisłą”. Jednocześnie zadawali pytania jak długo potrwa ów fenomen. Sceptycy ze spokojem stwierdzali: „A nie mówiłem”, kiedy kilka dni po pogrzebie pojawiły się pierwsze informacje o zamieszkach pomiędzy tymi, co wcześniej deklarowali przyjaźń i podawali sobie ręce pozując do zdjęć. Uważam jednak, że ten swoisty zryw w narodzie był konieczny i wbrew opiniom innych nie był „na pokaz”…

Wy jesteście solą ziemi.
Wy jesteście światłem świata.

Skoro, więc jesteśmy tym światłem, to choćby chwilowe rozjaśnienie mroków, było dobrem. Jeżeli każdemu, choć na moment chciało się działać wspólnie z innymi, to już jest postęp. Przecież nie da się wprowadzić nagłych zmian. Jednak sama chęć zmiany, jest sama w sobie zmianą na lepsze…
Ludzie często pytali, czy to wszystko, co działo się, było kwestią oddania hołdu wybitnemu człowiekowi, czy też kwestią wiary? Spotkałam się z opiniami, że w większości przypadków, masowe „wędrówki” do kościołów, były spełnieniem powinności wobec Jana Pawła II. Że więcej było w ludziach chęci zbliżenia się do Ojca Świętego, niż do Boga. Pewnie jest w tym stwierdzeniu sporo racji. Świadczyć mogą o tym rzesze wyznawców innych religii bądź ateistów, którzy w pierwszych dniach kwietnia oddawali się zadumie…
Moje osobiste przemyślenia dotyczące wiary kształtują się od kilku lat. Wpływ na nie mieli ludzie, wydarzenia, rozmowy, DOBRY CZŁOWIEK… Postawa, życie i śmierć Jana Pawła II uświadomiły mi jednak, że wiara tak naprawdę musi opierać się na czymś więcej…

Wiara, jeśli nie jest myśleniem nie istnieje.

Wiara musi być ciągłym rozważaniem. Ciągłym myśleniem o innych. Myśleniem nad tym jak postępujemy. Jednocześnie wiara musi opierać się na ufności. Musi , w pewnych sytuacjach, pozostawiać kwestie rozumu gdzieś z boku. Są takie rzeczy, które trzeba przyjąć jako pewnik i nie dociekać, nie poszukiwać odpowiedzi na niektóre pytania…

Nie lękajcie się!
Otwórzcie, otwórzcie na oścież
drzwi Chrystusowi…

Wiara uwalnia od lęku. Pozwala godzić się z tym, co boli najbardziej. Tylko otworzenie się na nią, pozwala akceptować i „rozumieć” to, co niezrozumiałe…
Jak już wspominałam, socjologowie zastanawiali się nad tym ile czasu potrwa „nowy Cud nad Wisłą”.
Dla mnie, tak naprawdę, nie jest to ważne. Najistotniejsze jest to, aby mój osobisty „cud”, trwał jak najdłużej. DOBRY CZŁOWIEK, zapytany niegdyś przeze mnie o to, jak daleko może zajść człowiek bez wiary, odpowiedział: „Za daleko”. I jest w tym jakaś prawda…
Dziś od śmierci Ojca Świętego, minął ponad miesiąc. Przestałam analizować Jego odejście. Przestałam pytać: „Dlaczego?”. Skupiona na Jego słowach, zrozumiałam znacznie więcej. Odkryłam, że są takie pytania, które muszą pozostać bez odpowiedzi a człowiek musi iść dalej razem z wiarą, nadzieją i miłością…
Co oprócz swoich przesłań dawał nam Jan Paweł II? Według mnie, uosabiał to, czego w obecnym świecie jest nam potrzebne najbardziej: niezłomność, wytrwałość, siłę woli i poczucie sensu życia. Był dla nas przewodnikiem, nauczycielem, Ojcem…
Był, jest i BĘDZIE…


To co było kształtne w bezkształtne
To co było żywe- oto teraz martwe
To co było piękne- oto teraz brzydota spustoszenia
A przecież nie cały umieram
To co we mnie niezniszczalne, trwa!






Wszystkie cytaty zawarte w pracy pochodzą z:
1. Oficjalne komunikaty Watykanu z dni 1 i 2 kwietnia 2005
2. Wystąpień i tekstów Ojca Świętego, Jana Pawła II, min:
· Inauguracja pontyfikatu 1978
· Pierwsza pielgrzymka do Polski 1979
· Encyklika „Dives In Misericordia” (Bogaty w Miłosierdzie) 1980
· List do Młodych 1983
· Encyklika „Fides et Ratio” (Wiara i Rozum) 1998
· „Tryptyk Rzymski” 2003
· i inne

…gdyby nie DOBRY CZŁOWIEK, praca by nie powstała. Dziękuję.

Zgłoś naruszenie regulaminu

liczba komentarzy (0)

Organizatorzy:
Centrum Jana Pawła II - Nie lękajcie się