19.01.05 środa
Przypomniałam się o. Hejmo o obietnicy usadzenia mnie w sektorze osób podchodzących po audiencji do Ojca Świętego.
Bardzo to przeżywałam, tym bardziej że następnego dnia wracałam do Polski i sądziłam (znów ten brak wiary w dobroć Boga!), że będzie to ostanie w tym roku osobiste, choć tak publiczne pożegnanie z Wujkiem przed odlotem.
Gdy podeszłam do Wujka szepnął: „no, to zobaczymy się wieczorem”. Oniemiałam ze szczęścia. O niczym już nie mogłam myśleć, tylko to jedno: „jeszcze się spotkamy, jeszcze będę się mogła z Nim pożegnać”. Potem jednak niepewność, bo o. Hejmo wyjechał i nie potwierdził, że mam się na wieczór szykować. Cały dzień radość na przemian z niepewnością. Mimo wszystko kupiłam bukiecik hiacyntów. Dopiero wieczorem siostra zadzwoniła i upewniła się, że tak, idę na kolację.
Ostatni wieczór w Rzymie i pożegnanie z Wujkiem takie wymodlone, ciepłe i serdeczne. Na kolacji byliśmy tylko we troje – poza Wujkiem i mną tylko ks. Mieczysław. Wujek rozmowny, uśmiechnięty. Przez całą kolację przed Wujkiem stała na stole fotografia naszej rodziny z ostatniej wigilii, którą przywiozłam Mu jako podarunek. Na koniec, przy pożegnaniu pytanie: ,,i kiedy mnie znowu odwiedzisz”.
I ciągle tak samo boli, że już nigdy.
liczba komentarzy (0)