W 1987 r. byłem w klasie maturalnej. Jak wielu młodych ludzi zadawałem sobie pytanie: i co dalej? Tego samego roku Święta Wielkanocne przeżywałem w Rzymie. Był to prezent od moich rodziców na „osiemnastkę”. Wobec postawionej przede mną alternatywy: albo „impreza” z koleżeństwem w domu albo pielgrzymka do Rzymu, przyznaję, że trochę egoistycznie wybrałem to drugie. Już w pierwszy dzień pobytu w Wiecznym Mieście uczestniczyliśmy w Wigilii Paschalnej, której przewodniczył Ojciec Święty. Podczas tej samej pielgrzymki spotkaliśmy się z Papieżem jeszcze dwa razy: na placu św. Piotra podczas audiencji generalnej, a potem na tzw. audiencji prywatnej w Sali Klementyńskiej, gdzie Ojciec Święty powtarzał do Polaków wygłoszoną wcześniej po włosku katechezę. Tego typu audiencje, później, z uwagi na stan zdrowia i wielość znacznie ważniejszych zajęć dla widzialnej Głowy Kościoła, najpierw poważnie ograniczono, a w końcu zaniechano. Byłem więc tym szczęściarzem, który mógł wysłuchać papieskiej katechezy będąc z Nim w takiej bliskości. Tuż przed wejściem Papieża do auli, niespodziewanie do mikrofonu podszedł Ojciec Hejmo i ogłosił, że po wypowiedzi Ojca Świętego każdy z nas będzie mógł podejść do Niego, żeby się przywitać. To było niesłychane! Ta wiadomość naprawdę odebrała nam wszystko: pamięć, zdolność myślenia, mowę, umiejętność poruszania się... a w moim przypadku chyba nawet poprawność patrzenia. Byłem tym tak zaskoczony i wzruszony, że z katechezy, przyznaję ze wstydem, nie zapamiętałem dosłownie nic. Stałem nieruchomy jak słup. Ktoś w końcu popchnął mnie, kiedy trzeba było utworzyć szereg idący w kierunku Ojca Świętego. Potem podążająca za mną „w kolejce do Papieża” jakaś zapłakana kobieta mocno trzepnęła mnie w plecy z uwagą: wyprostuj się! Posłuchałem. To nieoczekiwane uderzenie w plecy sprawiło, że na chwilę się pozbierałem. Ale wzruszenie było silniejsze i ciągle blokowało pole widzenia. Gdyby ten moment spotkania z Papieżem był jedyną w moim życiu możliwością zobaczenia Go z całą pewnością nie umiałbym Go opisać. Nigdy nie przypuszczałem, że będę aż tak blisko Niego. Do głowy mi nie przyszło, że będę mówił do Papieża. Sam nie wiem kiedy otworzyłem usta, żeby powiedzieć: Ojcze, proszę o modlitwę w intencji wyboru właściwej drogi życia. On lewą ręką chwycił mnie za ramię, a prawą czyniąc znak krzyża św. na czole odpowiedział: Dobrze, mój synu... W tym momencie zatrzymał się dla mnie czas. Poczułem czym jest wieczność... Nic więcej nie pamiętam, chociaż było to tak niedawno. Absolutnie nie wiem jak znalazłem się znów przed Bramą Spiżową. Drobniutkie krople wody przyniesione na czoło przez wiatr z wysokiej fontanny i promienie watykańskiego słońca przywróciły mi równowagę. Czułem się obdarowany. Miałem wrażenie, że jest „coś” we mnie. Towarzyszyło mi uczucie nieopisanej radości spowodowane tymi trzema słowami, które jak ziarno padły na glebę i nie dają ani sobie ani ziemi spokoju. Moja prośba o modlitwę została zrealizowana wcześniej niż się tego spodziewałem. Ojciec Święty spełnił moje życzenie w momencie, gdy skończyłem mówić. Słowa „dobrze, mój synu” i znak krzyża na czole były Jego modlitwą za mnie i nade mną. To było zapłodnienie moich myśli, to był zaczyn, drogowskaz, plan zadań, źródło radości, a potem także płaszczyzna osobistego rachunku sumienia. Powiedział: Dobrze. To było Jego pierwsze ziarno. Nie była to tylko zgoda na wypełnienie mojej prośby. Było to potwierdzenie słuszności tej prośby, potwierdzenie i uznanie skuteczności modlitwy, uznanie wagi mojej sprawy, doniosłości stojącego przede mną życiowego wyboru. To tak jakby chciał mi powiedzieć: dobrze, że jesteś. Dobrze, że tak mówisz. Dobrze, że o tym myślisz. Powiedział: mój, to znaczy, że On się do mnie przyznaje, że jestem „Jego własnością”, że jestem z Nim jakoś związany. Przynależę do Niego, a w konsekwencji jestem jakoś od Niego uzależniony. On ma we mnie jakiś swój udział, On może się mną posłużyć. Powiedział: synu. To ziarno oznaczało dla mnie, że związek z Nim nie pozostaje w sferze wyłącznie emocjonalnej, to jest coś głębszego, że wchodzę tu w jakąś rodzinę, której On jest Ojcem, Głową. To ziarno sprawia, że znowu się rodzę, powstaję do nowego zadania. I w tym ziarnie kryła się też odpowiedź na pytanie maturzysty i co dalej? Niedługo potem podejmowałem życiowe decyzje wyboru. Nie było to ani szybkie, ani takie łatwe. Wilgotny powiew Ducha i promienie Bożej łaski dały ziarnom siłę wzrostu i znów przywróciły mi równowagę... . Modlitwa Piotra jest skuteczna. Zapewne także dzięki niej jestem tym, kim jestem. Dziś mógłbym Mu tylko powiedzieć to czego nie byłem w stanie wypowiedzieć wtedy: Bóg zapłać!
liczba komentarzy (2)
To wspomnienie bardzo mnie poruszyło, nie tylko dlatego ,że pięknie opowiedziane, ze czyta się je jak powieść, ale również dlatego, iż za słowami czuć ten powiew Ducha... dało mi nadzieję, że może spotkam na swojej drodze kogoś podobnego, z taką wiarą, oddaniem i jednocześnie ludzkiego... DZIĘKUJĘ BARDZO!
Dziękuję za to wspomnienie i za wiele innych, także biblijnych opowieści. To ziarno zakiełkowało, a teraz wydaje plon stokrotny na ambonie, w konfesjonale, przy kuchennym stole...Niech się pomnaza, niech złoci się dalej - szczęść Boże, proszę Księdza!