Kim tak naprawdę był dla mnie Jan Paweł II i jaką rolę odegrał w moim życiu. Muszę stwierdzić, że była to rola niemała. Dlatego chcę podzielić się z Wami osobistym świadectwem.
Jan Paweł II. Człowiek legenda....
Jedno, co przychodzi mi na myśl, to stwierdzenie, że to najbardziej niesamowity gość, jakiego znam. Brak słów, aby opisać ten geniusz… Jan Paweł II to ktoś bardzo mi bliski. Tak naprawdę, to zaistniał w moim życiu zanim zaczęłam rozumieć, kim On właściwie jest.
Pierwszy obraz Jana Pawła II, jaki wyrył się w mojej pamięci to obraz człowieka z podniesionymi rękami na balkonie Bazyliki Św. Piotra oglądany na ekranie czarno-białego telewizora - obraz, który po tylu latach bardzo rozmazuje się w mojej pamięci. Za to wciąż żywy pozostaje podekscytowany głos mojego ojca, że mamy papieża Polaka – głos pełen radości i niesamowitej dumy. Jako kilkuletnie dziecko niewiele z tego rozumiałam. Ale gdzieś w głębi swego dziecięcego serca czułam, że dzieje się coś ważnego.
1979 rok – to rok mojej Pierwszej Komunii Świętej i rok pierwszej pielgrzymki papieża Polaka do ojczyzny. Pamiętam, że te daty niemal się zbiegły. Pamiętam, że ksiądz mówił o tym wydarzeniu na lekcjach religii. Pamiętam udekorowane okna obrazkami papieża. Wśród strzępów wspomnień jest też wspomnienie, jak rodzice wybierali się do Warszawy, aby wziąć udział w spotkaniu na Placu Zwycięstwa. Tylko tyle tych wspomnień… O tym, co się wówczas wydarzyło dowiedziałam się znacznie później.
Inne wspomnienia dotyczą strzałów na Placu Świętego Piotra. Kiedy zatroskany ojciec oznajmił z wielkim bólem w głosie, że ktoś chciał zabić papieża. Później było śledzenie doniesień z Rzymu poprzez słuchane ukradkiem radio Wolna Europa. Wciąż niewiele rozumiałam. Rzym był gdzieś tak bardzo daleko jak jakaś obca planeta. I niby kto i dlaczego miałby chcieć zabić Papieża? Jednak myślałam, że jest to ktoś ważny, skoro cały świat tak się nim przejmuje.
Dalsze lata osiemdziesiąte to czas szkoły podstawowej. W międzyczasie jakaś kolejna pielgrzymka papieża do ojczyzny, w której uczestniczyłam. Ale bardziej jako widz. Bo ze spotkania w Lublinie pamiętam jedynie drewniane ogrodzenia, masę ludzi i fakt, że trzeba było iść dość daleko na pieszo. Tylko tyle. Oczywiście papież coś tam mówił i ludzie nawet go słuchali z zaciekawieniem. Ale nie ja. To wszystko działo się obok. Znacznie ciekawsze było miasto Lublin, w którym ja – dziecko ze wsi - miałam okazję być po raz pierwszy w życiu.
Później długo, długo nic. Aż do spotkania z Papieżem w Częstochowie na Światowych Dniach Młodzieży. Człowiek był już znacznie starszy i bardziej świadomy. Po dotarciu na Jasną Górę w pieszej pielgrzymce wraz i innymi młodymi ludźmi koczowaliśmy u stóp wałów jasnogórskich długie godziny. Pamiętam już dobrze to spotkanie. Pamiętam, co mówił Jan Paweł II do młodych. Pamiętam tę niesamowitą atmosferę tego spotkania i głośno brzmiące słowa pieśni „Abba Ojcze”
Kolejne spotkanie z Janem Pawłem II to spotkanie już na studiach. To spotkanie z bardzo trudnym dziełem pt „Miłość i odpowiedzialność”, przez które ciężko było przebrnąć. A później była lektura Familiaris Consortio i kolejnych encyklik. Zaczęło się moje bliższe poznawanie Karola Wojtyły poprzez jego dzieła, obcowanie z nim i z jego filozofią życiową i w końcu zafascynowanie tym człowiekiem. Wraz z tym poznawaniem intelektualnym pojawiło się głębokie pragnienie, aby móc kiedyś spotkać się z nim osobiście.
Los zrządził, że w 1995 roku po raz pierwszy w życiu pojechałam do Rzymu. Okazją były święcenia kapłańskie szkolnego kolegi mojego przyszłego męża, a ja zostałam zaproszona do towarzystwa. Cóż trafiła się taka okazja, więc się skorzystało. Ten kilkudniowy pobyt w stolicy chrześcijaństwa, to przede wszystkim była okazja do zwiedzania. No, ale być w Rzymie i nie widzieć papieża? Mieliśmy zobaczyć i zobaczyliśmy. To była audiencja środowa. A my wśród tłumu ludzi w sektorach, bardzo wówczas podekscytowani. Bo udało się tak blisko zobaczyć przejeżdżającego Ojca Świętego. Był na wyciągnięcie ręki. To dopiero była atrakcja! No i udało się też zrobić zdjęcia, którymi można się było pochwalić znajomym. To był taki pierwszy kontakt fizyczny z Janem Pawłem II, który już na dobre zagościł w moim sercu
Następne spotkanie to to w Warszawie z roku 1999. Już jako mieszkańcy stolicy mieliśmy okazję słuchać Jana Pawła II w Ogrodzie Saskim. Ten papież był już o wiele bliższy niż jeszcze kilka lat wcześniej. Później przyszedł jubileuszowy rok 2000 i wszystkie wydarzenia, które ze sobą niósł. Bacznie obserwowaliśmy jak nasz papież wprowadza chrześcijaństwo i świat w trzecie tysiąclecie. Zupełnie niespodziewanie w ostatnich dniach tego roku znaleźliśmy się znów w Rzymie. Nie łatwo było z dwójką małych dzieci, zupełnie nie młodym już polonezem przy grudniowych mrozach przedrzeć się przez Alpy i przejechać pół Europy. Ale udało się jeszcze w owym świętym roku przejść przez wszystkie święte drzwi i bezpośrednio wysłuchać papieskiego błogosławieństwa noworocznego Urbi et Orbi. Z tej szaleńczej wyprawy wracaliśmy tak bardzo szczęśliwi. Jan Paweł II stał się nam bardzo bliski. Jak ktoś z rodziny. Może to głupio zabrzmi, ale zdarzało się, że gościł w moich snach. Zwykle był chory, a ja jako pielęgniarka opiekowałam się Nim. I to był dla mnie niewątpliwy zaszczyt. Ale to tylko sny… Ze snów rodziły się marzenia. Albo może odwrotnie - to sny były odbiciem marzeń. Moim marzeniem było spotkanie z Papieżem. A marzenia mają to do siebie, że czasami potrafią się spełniać.
Rok 2004. Znów zupełnie nie zaplanowany wyjazd do Włoch. Szalony pomysł( a może potrzeba serca). Zbieg okoliczności. Pomocni i życzliwi ludzie. Noclegi w domu Corda Cordi. I znów znaleźliśmy się na tym ogromnym placu otoczonym kolumnadą Berliniego. Tym razem z trójką maluchów. Niedzielna msza beatyfikacyjna z udziałem papieża, jakich wiele w tym miejscu. Zupełnie przypadkowo (a może nie) spotykamy zakonnika w białym habicie. Na pytanie „Pollaco?”, odpowiadam: „Od urodzenia!” To nie kto inny, ale Ojciec Hejmo. Na środową audiencję generalną zostajemy wprowadzeni przez niego do sektora bardzo blisko ołtarza. Dzieci padają w niespotykanym marcowym upale, najmłodsza śpi całą audiencję. A my mamy niesamowitą okazję widzieć Ojca świętego z takiej odległości, nieświadomi tego, co się za chwilę wydarzy. Nieświadomi, że to jedynie krok od spełnienia największego marzenia. Po skończonej audiencji „wybrańcy” podchodzą do tronu Ojca Świętego. Patrzymy z zazdrością. Serca zaczynają mocniej bić. My też dostajemy znak, że możemy podejść po błogosławieństwo. To niesamowite wrażenie. Pochylona sylwetka starca w bieli okrytego czerwony płaszczem powoli się przybliża. Konsternacja. Co powiedzieć? Natłok myśli. Podchodzimy. Zostajemy przedstawieni. Najpierw Ojciec Święty kolejno błogosławi dzieci. Zdaje się, że są wystraszone, zwłaszcza najmłodsza wyrwana z głębokiego snu. Czas zatrzymuje się w miejscu. Nie jestem w stanie powiedzieć słowa. Ściskam papieską dłoń. Nie trzeba nic mówić. Patrzę w oczy człowieka, który odmienił świat. Głębia jego spojrzenia przeszywa mnie. A jednocześnie czuję niesamowitą więź z tym człowiekiem. Nie mam poczucia jak długo to trwa. Wciąż ściskam jego dłoń. Po dobrej chwili uświadamiam sobie, że trzeba pocałować pierścień rybaka. Z osłupienia wyrywa mnie czyjś ponaglający głos, że trzeba iść dalej. Odchodzimy. Ale to spotkanie wcale się nie kończy. Ono trwa nadal. To papieskie spojrzenie czuję na sobie do dziś. Dla tej jednej chwili warto żyć. Z tego spotkania pozostają też zdjęcia robione przez papieskiego fotografa i osobiste błogosławieństwo dla nas i naszych dzieci oprawione w ramki. I właśnie nad tym błogosławieństwem chcę się jeszcze chwilę zatrzymać. Będąc w kolejnej ciąży znów w snach spotkałam tego kochanego człowieka. Gdy pełna obaw zastanawiałam się, że dziecko to nie zostało pobłogosławione, bo przecież nie było go wtedy na świecie, otrzymałam zapewnienie, że o nim papież też pamięta. Że błogosławiąc nas, pobłogosławił wszystkich. Ktoś by powiedział: ”Sen mara…” Dla mnie jednak był to bardzo wymowny sen.
W końcu dzień 2 kwietnia 2005. Tego pamiętnego dnia -
„2 Kwietnia o 21.37 Aniołowie chwycili za młoty i kilofy...
...w pośpiechu rozbijali mury, aby poszerzyć Bramy Niebios. Tak WIELKI człowiek jeszcze nie wchodził do Nieba.”
Gdy nadszedł 2 kwietnia 2005 roku mieszkaliśmy w Niemczech. Dlatego obca nam była ta atmosfera towarzysząca odchodzeniu tego wielkiego człowieka. Tam tego tak się nie przeżywało. Jedynie w telewizji śledziliśmy to, co działo się w Rzymie i tę niesamowitą jedność ludzi w Polsce. To nas ominęło. Tam nikt nie palił zniczy. Było cicho i spokojnie. Tak jakby ta śmierć przeszła niezauważona. Nasze uczestnictwo u pogrzebie Jana Pawła II też było niemożliwe, choć tylu znajomych z Polski wybrało się w tych dniach do Rzymu i choć bardzo by się chciało tam być. Cóż, siła wyższa! Byłam w ostatnim miesiącu ciąży. Trzy tygodnie później urodził się nasz syn Paweł Jakub. Pozostało jedynie śledzić te wydarzenia na ekranie telewizora. Tego dnia były łzy – łzy wzruszenia. Była też cicha refleksja. Pól roku później oddaliśmy hołd temu Świętemu człowiekowi na jego grobie.
Miałam okazję jeszcze raz zastanowić się jak wiele dobrego ten człowiek uczynił dla mnie, mojej rodziny i dla wszystkich ludzi. I choć nie identyfikuję się z pokoleniem JP II, to wiem na pewno, że Jan Paweł II to największy człowiek naszych czasów. Dla mnie to niezaprzeczalny autorytet moralny. To człowiek skała! To wyrocznia w wielu kwestiach, do której można się odnieść z zamkniętymi oczami. W przypadku wątpliwości, pytam, co On ma do powiedzenia w tej sprawie. Zwykle w jego słowach znajduję wielką mądrość i miłość.
Jan Paweł II to człowiek święty. A ja jestem po swojemu wdzięczna Bogu, że dane mi jest żyć w tych czasach i dane mi było bezpośrednio dotknąć tej świętości.
….
liczba komentarzy (0)